Otóż są tutaj różne zdania - często skrajnie różne.
Generalnie uważam, że:
1. Przeklinać w różnych miejscach, okolicznościach, przy niektórych osobach itp. po prostu nie wypada (i większość z nas tego nie robi w takich sytuacjach).
2. Przeklinanie pomaga nam wyrazić swoje emocje.
3. Przeklinanie dynamizuje wypowiedź. Ubarwia ją. Urozmaica.
4. Wulgaryzmy akcentują pewne zwroty. Pamiętam pewne zdarzenie. To było kilkanaście lat temu. Byliśmy z grupką znajomych nad Soliną. Jedna dziewczyna była bardzo spokojna. Zero przeklinania; w ogóle mało mówiła. A pewnego razu, jakiś koleś gdzieś w pobliżu zachował się jak osioł (już nie pamiętam, co zrobił). I ona wypaliła: "Kurwa, co za prostak!". I to było to! Nie wyobrażam sobie trafniejszych i bardziej dobitnych słów z jej ust.
No i teraz pytanie do Was: czy przeklinanie jest oznaką prostactwa?
Mówi się też, że jak ktoś przeklina, to znaczy, że ma ubogie słownictwo. Hmm, różnie to bywa.
Gdy jakiś dresiarz klnie jak szewc gadając z kumplami, i "kurwa" jest co drugim słowem, wtedy tak najpewniej jest.
Słowo na "k" jest wtedy przecinkiem w zdaniu.
A co z innymi? Np. nauczycielami akademickimi?
Spędziłem niemal 10 lat na Uczelni. I wiecie co? Doktorzy i profesorowie to normalni ludzie - też klną. Oczywiście w gronie ścisłych znajomych. Gdy dziekan do nas wchodził do pokoju, to nikt go nie witał "Cześć, k...., stary byku!"
Ale jak rozmawialiśmy miedzy sobą, to wszystko było na luzie. Jak ktoś dobitnie o czymś mówił, to przeklinał.
Co o tym myślicie?
PS Dodam proforma, że sam sporo klnę. Na przykład rozmawiając z żoną. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z wyzywaniem jej czy wulgarnym zwracaniem się do niej. Po prostu jak o czymś mówię, to dużo przeklinam. Uważam po prostu przeklinanie nie za oznakę prostactwa, ale za pewien sposób wypowiedzi. Który jeśli jest używany w towarzystwie, które to akceptuje, to jest czymś normalnym i absolutnie nie świadczy źle o osobie, która klnie. Co Wy na to?















)
